Sztuka i perferie rzymskiej cywilizacji - Zygmunt Jasłowski


"Kościół otwarty"... na plugawą obecność? - na tolerancję rozumianą jako akceptacja?
- na zboczenie i zaprzaństwo, zdradę i doniosicielstwo duchownych i hierarchów?
- na bandytów z KGB jako sprzymierzeńców w niesieniu Słowa Bożego? Na co otwarty?
Może czas oddać klucze kościelnym. Niech zamkną to co "otwarte" zanim
zgorszenie będzie nie do cofnięcia - europejskie.


Ojciec Leon Knabit: - Dziś nie mówi się o sądzie i karze, bo to niemodne, tylko o Bozi, która jest miłosierna. Przepraszam, ale w Piśmie Świętym jest aż zatrzęsienie napomnień, że za to, co się zrobiło złego, kara (czyli konsekwencja) musi zostać wymierzona. Nie może być tak, że jeden drugiemu przebaczy i wszystko jest OK. Papież przebaczył Ali Agcy, ale absolutnie palcem nie kiwnął, żeby go wyciągnąć z więzienia.

Sztuka i perferie rzymskiej cywilizacji


Niech wieczne miasto trwa na wieki!

Często gdy zastanawiamy się czym jest Polska, i gdzie szukać jej esencji, to natychmiast myśli nasze kierują się ku chrześcijaństwu, które od wieków zaznacza się dostojnie nie tylko w wierze, ale także w polskiej architekturze i sztuce sakralnej, w liturgii i układzie kalendarza według świętych, oraz w setkach kolęd bez których Polak nie potrafi wyobrazić sobie świąt Bożego Narodzenia. Ładunek emocjonalny który przywiązujemy do katolicyzmu w Polsce nabiera jeszcze silniejszego wyrazu, gdy skonfrontujemy go z innymi kontekstami kulturowymi, a w  szczególności, jak to ma miejsce w moim przypadku, z tymi dotyczącymi sztuki. Pisząc te słowa w Korei na rok przed okragłą 1050 rocznicą Chrztu Polski, posiadam świadomość jak bardzo kultura mnie otaczająca, i ta z której wyrosłem, się od siebie różnią. Pozostaje pytanie jak jako Polak mógłbym się samokreślić gdyby pewnego dnia zabrakło tego czegoś co określamy jako korzenie. A mam powody do zmartwienia, gdyż gwałtowne zmiany zachodzące w samym Kościele od Vaticanum Secundum , a także same słowa papieża Franciszka, który stwierdził niedawno, że to doktorzy Kościoła odpychają wiernych od wiary, bardzo rozczarowują katolików na całym świecie. Wydawana w Stanach Zjednoczonych gazeta The Remnant woła wprost, "Oddajcie nam nasz Kościół Katolicki" i ze zdziwieniem dodaje: przecież jego poprzednicy Jan Paweł II I Benedykt XVI byli doktorami tegoż samego Kościoła. O co papieżowi chodzi? - pyta gazeta.  


Lwów, Kaplica Boimów w katedrze

Polska tożsamość kulturowa, właśnie dzięki chrześcijaństwu, nie da się ściśle zamknąć w szczelne granice naszego państwa położonego pomiędzy Odrą i Bugiem, oraz Karpatami i Bałtykiem. Istnieje bowiem pewna silna, nierozerwalna nić łącząca Polskę z bardzo odległymi od niej krajami, która pozwala nam katolikom określić się jako członkom szerszej niż nasza narodowa wspólnota religijno-kulturowa, pochodząca ze stolicy Piotrowej. Manifestował tę więź nasz pisarz Stefan Żeromski, który podróżując po Włoszech zwiedzał przede wszystkim wczesno-chrześcijańskie bazyliki, a gorszył się przy tym, gdy oryginalny wygląd oglądanych świątyń został zeszpecony w wyniku późniejszych przeróbek i upiększeń.[1] Z kolei Nienaski bardzo troskliwie zastanawiał się co by się stało gdyby pewnego razu najazd barbarzyńców zniweczył to wszystko co nas katolików tak bardzo łączy. Punktem odniesienia była katedra w Mediolanie podziwiana przez wielu polskich i nie-polskich ludzi pióra i sztuki. Bohater noweli Żeromskiego, Ryszard Nienaski pisał tak: "Gdy dokonane zostaną przewroty, o których była mowa, napaść na burżuazję czy grewa generalna - nie wiem... [...] co się stanie wówczas z takimi budowlami [...]? Bo to ja jestem niedoszły architekt. Czy taką, na przykład, budowlę, jak katedra w Mediolanie... [...] "Tamci" odziedziczą w ciągu dnia swego triumfu prawo decydowania, czy ma być albo nie być katedra w Mediolanie, którą bezimienne tłumy artystów i robotników budowały przez pięćset lat? [2] Jest to pytanie wielkiej wagi, bo to co się dzieje w dzisiejszym świecie z pewnością posiada zarówno znamiona neo-pogaństwa jak i rażącego barbarzyństwa. Gdyż nawet w kulturze zachodniej mają miejsce prądy, które nie tylko czynią budynki  sakralne wraz z ich rzeźbami, obrazami i witrażami niepotrzebnymi, ale i samą super-budowę światopoglądu chrześcijańskiego uważają za zbędną. Już w latach 20-tych XX wieku Jose Ortega y Gasset przestrzegał przed dehumanizacją sztuki.[3]


Krypta Sw. Leonarda w Katedrze Wawelskiej

Jej efektem, "z socjologicznego punktu widzienia", jest podział odbiorców nowej sztuki na dwie grupy: tych co ją rozumieją, oraz tych którzy jej nie rozumieją. Wynikałoby z tego, że tzw. nowa sztuka jest przeznaczona dla specjalnie wybranej mniejszości. Kontynuując tok myślenia Y Gasseta, należy stwierdzić, że zdehumanizowana sztuka nie integruje już odbiorców, tak jak to miało miejsce w przypadku sztuki sakralnej. Nie trudno sobie wyobrazić sytuację, że przy obecnych tendencjach migracyjnych Wawel lub Teatr Stary w Krakowie nie będą już emitować żadnych pozytywnych emocji, po prostu nowi mieszkańcy zbudują swoje własne zamki i "światynie" rozrywki; katedra na Wawelu może będzie nawet obrażać ich uczucia religijne.

Narzucana siłą globalizacja sprawia, że narody zamieszkujące swoje własne terytorium muszą godzić się na akceptację systemu wartości, który nie przystaje do ich własnego. Blisko sto lat temu, istniał jeszcze jakiś wybór, była droga ucieczki, dziś wszcheobecne media czynią ją niemalże niemożliwą. W pierwszych dwóch dekadach XX wieku, angielska literatka i malarka Dora Carrington doznawała pełnego obrzydzenia na widok modernistycznych obrazów z Francji, w tym samym czasie gdy ci sami potępiani przez nią i odrzucani przez akademie "francuscy barbarzyńcy", uważali sztukę angielską owego czasu za zbyt piękną, tzn. nudną, wsteczną, przestarzałą i nie wnoszącą nic nowego do sztuki.[4] Dla modernistów i ich następców za to liczy się tylko pogoń za nowością, kontestacja wszystkiego co solidne; "prawdziwa" sztuka bowiem musi być agresywna, musi pogardzać akademią, musi często obrażać uczucia, a nawet być z premedytacją obrazoburczą.  Nie ma prawa być piękną, a dyskusje natury estetycznej nie powinny być do niej stosowane.

Jest to kolosalne odejście od tego o czym pisał Lew Tołstoj (1828-1910). W czasie w którym żył uznawana była bowiem teoria estetyczna uważająca sztukę jako najwyższą manifestację Idei, Boga i Piękna, czyli jako najwyższą duchową przyjemność. Tołstoj ubolewał jednak, że zła organizacja społeczeństwa nie pozwalała większości populacji na korzystnanie z błogosławieństw ktora sztuka daje.[5] Dziś lepsze jest nagłośnienie, popularność i skandal; na prawdę w tym wszystkim nie ma miejsca. Pustki w galeriach sztuki współczesnej przypominają kościoły po Soborze Watykańskim II, coś więc musiało pójść nie tak.


Wnętrze katedry w Mediolanie

Nielicznym w sztuce udało się przeżyć epokę modernizmu i tworzyć sztukę wolną od nacisku mody i ideologii, która według teoretyków odeszła w cień w latach 70-tych XX wieku, ale czy aby napewno? Jednym z wielkich był malarz francusko-polski Baltazar Kłosowski de Rola (1908-2001), znany szerzej jako Balthus, który uparcie odrzucał prądy i style epoki w której żył. Artysta ten stworzył genialne malarstwo, a skąd czerpał inspiracje? Decydującą rolę odegrała w jego karierze średniowieczna i wczesno-renesansowa katolicka ikonografia, która mocno wpłynęła na wizje jego własnych "aniołów". Krytykując swego brata Pierra za jego transgresyjne wizje, Balthus przyznawał że jego własna sztuka poszła zupełnie inną drogą: on sam wolał malować pękanie gwiazd, szum skrzydeł i ciała dzieci delikatnie dotykane przez aniołów.[6] Wszelkie modernistyczne, psychoanalityczne, i im podobne, analizy bardzo Balthusa denerwowały, a zwłaszcza gdy ktoś dopatrywał się w nich erotyzmu. Obrazy - w opinii Balthusa - miały być niczym psalmy, hymny czy modlitwy, obrazy mają mówić same za siebie, interpretacje pisemne czy słowne są zbędne.

W racjonalnym, "postępowym" świecie religia czy Bóg są pojęciami pozbawionymi prawa bytu, a w teorii sztuki jest to rażąco widoczne. Ksiądz Kneblewski, wydaje się trafnie oceniać obecną sytuację naszej cywilizacji jako wynik detronizacji Chrystusa Króla, bo od zarania chrześcijaństwa nikt w Europie nie ważył się podważyć tej oczywistej prawdy, że to Chrystus jest królem, i że to od niego zaczyna się nasz ład społeczny. W sztuce chrześcijańskiej, jak zauważył Lew Tołstoj w swych esejach "Co to jest sztuka", owa detronizacja Boga miała miejsce w okresie pełnego Renesansu. [7] Według Tołstoja to artyści tego okresu popełnili straszną zbrodnię wprowadzając w miejsce uduchowionej sztuki religijnej, sztukę małowartościową, której rola sprowadzała się do dawania przyjemności, przez to rozpoczęli oni wybierać, oceniać i zachęcać by w miejsce sztuki religijnej, wprowadzić coś co w żadnym wypadku nie zasługiwało na uznanie czy też zachętę do kontynuacji. Interesujące jest, że krytyk Tołstoj przywołał opinię jednego z ojców Kościoła, który powiedział tak: wielkie zło nie polega na tym tylko, że człowiek nie zna Boga, lecz na tym że na jego miejscu posadził tego, który nim nie jest (w domyśle szatana).

Dziś ta kontestacja obecności Boga jest wszechobecna, a także wszystkiego piękna które jest dziełem jego stworzenia. Dożyliśmy czasów, gdzie w naszym kręgu cywilizacyjnym podważane są fundamenty, ktore ją stworzyły. Pod presją islamskiego ekstermizmu giną stare wspólnoty chrześcijańskie w Syrii, Iraku i Libanie, a nawet sam Rzym jest już zagrożony, od zewnątrz, i od wewnątrz. Zlaicyzowani Europejczycy lekkomyślnie opuszczają świątynie boże, a na ich miejsce wchodzi Islam, Buddyzm, Hinduizm i pogaństwo. W porównaniu do zachodnich połaci Europy, polskie chrześcijaństwo jest niczym zdrowa Puszcza Białowieska, marzenie Anglików o lesie, który oni sami wyrąbali w czasach Wilhelma Zdobywcy. Czy zatem Polska, często określana jako antemuralis christianitas , jest peryferią świata chrześcijańskiego, czy też może centralnym bastionem jego obrony przed narzucanym jej liberalizmem i ideologii New Age. Kryzys jest rownież jej udziałem, ale nie do tego stopnia jak gdzie indziej. Definitywnym novum jest ilość ataków na obiekty sakralne w Polsce, a także na księży. W kraju, gdzie Kościół Katolicki od zarania dziejów chroni polskość, jest to zjawisko trudne do wyobrażenia, i niewątpliwie stymulowane z zewnątrz. W Rosji Sowieckiej, w rewolucyjnej Francji XIX wieku, czy w Europie Zachodniej po roku 1968, były to zachowania standardowe, ale w Polsce?

A przecież integrująca rola jaką spełnia religia katolicka w świecie jest bezsporna i niezaprzeczalna, ale czy my katolicy zdajemy sobie w pełni sprawę ze swego potencjału. Czy jest jeszcze w nas rycerski duch by bronić Kościoła Rzymskiego? Owe rzymskie nasienie - jeśli można mi to tak określić - wyrosło w wielu częściach naszego globu na piękne drzewo ciągle rodzące owoce, dlatego idąc ku przyszłości należy często patrzeć wstecz, ku korzeniom, ku stolicy Piotrowej i czerpać życiodajne soki. Sztuka na perferiach zdołała wytworzyć nową jakość, która do spuścizny rzymskiej zdołała wnieść dużo świeżości, jakby zaświadczając w ten sposób że nasienie było dobre więc warto dalej siać, sadzić i rozpleniać to co piękne.


Lwów, Miasto-perła chrześcijańskiej architektury

Wielki poeta Zbigniew Herbert urodzony w pięknym Lwowie, także mieście jak Rzym na siedmiu wzgórzach, lubił podkreślać że granice jego cywilizacji sięgają daleko poza rubieże ojczyzny polskiego języka. Stąd też brały się podróże po greckich, holenderskich, hiszpańskich czy włoskich muzeach. Herbert jak każdy podróżnik posiadał swoje własne postrzeganie świata. Asyż widział poeta różowym, Rzym utrwalił mu się w pamięci jak terakota na zielonym tle, Orwietto było w jego oczach brązowawo złote.[8] 


Zbigniew Herbert był zauroczony Orvieto

Odnośnie Rzymu francuski historyk i krytyk Hippolyte Adolphe Taine zrobił taką uwagę, że "Gdy się jest w Rzymie to po to, by podziwiać, nie zaś po to by zaznaczać, iż żebracy są brudni i że po rogach ulic walają się obierki kapusty". [9] Niezależnie od tego jak centra europejskiej kultury umiejscowiały się w  Paryżu, Monachium, Berlinie czy Londynie, Rzym trwał pozostając ważnym punktem odniesienia dla tego wszystkiego co określamy jako cywilizacja łacińska zbudowana na ruinach starożytnego Rzymu na cześć i chwałę Jezusa Chrystusa. Wiek XXI, jak powiedział kiedyś Andre Malreaux będzie wiekiem chrześcijaństwa, albo nie będzie go wcale. Wydaje, się ze póki co Rzym jest w nas, i nawet gdyby go zabrakło to my go przechowamy w sobie.                        

Jedna peryferia zauważa drugą

Ta piękna cywilizacja ciągle jest, istnieje, i dalej są te urzekające pięknem, uduchowione miejsca, jest i sztuka rozrzucona po całym świecie. Tyle że niecierpliwy człowiek wieku XXI nie ma już często czasu, woli, ciekawości, ani nawet przyjemności w kontemplowaniu czegoś co wydaje się niepotrzebną, bezproduktywną zabawą kilku snobów. Eksperci, ci jedyni, co zawsze królują, co zawsze mają rację już z góry ustalili: na śmietnik, to jest passe .

Jest też jeszcze inna strona medalu: medialna nagonka na wszystko co pachnie Watykanem i katolicyzmem! I tu współczesna sztuka obrazoburcza z namaszczenia liberalnej ideologii oraz możnych tego świata używa sobie ile wlezie, by sacrum stało się jak najprędzej profanum , by to co ma głębokie znaczenie stało się niepotrzebną rozrywką ludzi "hamujących" światowy postęp.

Na przekór temu, tam wszędzie gdzie nie ma manipulacji i gdzie łaska boska porusza dłonie artysty powstaje doskonała sztuka. Sztuka, architektura, muzyka, literatura i poezja, widziana oczyma nie barbarzyńcy, ale bodajże Umberto Eco, posiada olbrzymią siłę nośną zdolną do udźwignięcia emocji odkrywajających w człowieku wszystko co najlepsze.[10] Wspomniany powyżej Lew Tołstoj, który bardzo wysoko oceniał sztukę sakralną uważał, że religijne postrzeganie jego wieku, w jego najszerszym i najpraktyczniejszym zastosowaniu jest świadomość naszego samopoczucia, zarówno materialnego jak i duchowego, indiwidualnego i kolektywnego, nam współczesnego i tego aspirującego do wieczności, leży we wzroście braterstwa pomiędzy ludźmi, w ich harmonijnym współżyciu.[11] I tu odwołał się do Syna Bożego: i ta percepcja nie jest tylko wyrażona przez Jezusa Chrystusa, ale przez wszystkich najlepszych ludzi którzy żyli po nim... (a więc świętych). Tego typu "fundamentalizm" nie może się podobać dzisiejszym władcom świata, i wszystkim sędziom i krytykom. 

W sztuce, bo ona jest w centrum moich rozważań, uwięzione są, często zapomniane stare narracje cywilizacji katolickiej, i to dlatego trzeba do nich powracać. Odwołam się do kilku, zapewne niezbyt dobrze znanych przykładów z historii sztuki. Otóż na perfyferiach cywilizacji łacińskiej, w dalekim Meksyku pojawił sie artysta który ani nie był spadkobiercą, ani też twórcą jakiegoś nowego ruchu w malarstwie: jego sztuka w nim miała początek i na nim się skończyła. Hermenegildo Bustos, bo o nim tu mowa, żył sobie spokojnie i tworzył w małej wiosce La Parisima del Rincon poprzez połowę XIX wieku; nie miał mistrza, ani uczniów, nie wykształcił też naśladowców swego stylu. Historia sztuki, choć z opóźnieniem, uznała go za wybitnego przedstawiciela malarstwa portretowego posiadającego klarowne, osobiste oblicze.[12] Skąd więc malarz, bez wykształcenia plastycznego, nie posiadający wiedzy o prądach malarskich doszedł do takiej perfekcji. Otóż jedynym odniesieniem mogła być tu sztuka przyniesiona przez Hiszpanów, zarówno ta sakralna, jak i ta którą mógł być może zobaczyć w kreolskich domach. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że w wieku XVIII i XIX rozwijała się w Meksyku sztuka portretowa związana z rytuałem pogrzebowym, która też musiała stanowić ważny punkt odniesienia dla portretów Bustosa, choć on sam (poza jednym wyjątkiem) właściwie tej sztuki nie praktykował.


Hermenegildo Bustos, Obraz w jego parafialnym kościele ku czci
Matki Boskiej z Gwadelupy i Syna Bożego.

Ciekawą rzeczą jest, że meksykański historyk sztuki Klaus Parlasca, przywołuje polskie XVII-wieczne doświadczenie z potretem trumiennym w analogii do fresków z Fayum, i dużo późniejszej sztuki meksykańskiej.[13] Jest to bardzo oryginalny przykład na to jak jedna peryferia zauważa drugą. Jakby po herbertowsku Parlasca dostrzega tą szerszą, poza-meksykańską, chrześcijańską ojczyznę. Catholicos znaczy przecież uniwersalny, ale czy my katolicy jako wspólnota wiernych dostatecznie czerpiemy mądrości z tego dziedzictwa. Idąc tym samym tropem, poeta, filozof i teacher Octavio Paz wyjaśnia, że malarstwo meksykańskie jest także rezultatem połączenia zewnętrznych wpływów z lokalną rzeczywistością. O ile w Egipcie (odniesienie do Fayum), sztuka dominujących tam Greków i Rzymian, została wprzężona w lokalną religię, o tyle w Meksyku religia i sztuka europejska przyśpieszyła rozwój wrażliwości i wyobraźni u ludzi, których conquista uczyniła duchowymi sierotami. Nie należy jednak zapominać, że meksykański kult śmierci zrodził się dzięki połączeniu wierzeń mezoamerykańskich i religii katolickiej. Śmierć fascynowała mieszkańców tego regionu jeszcze w erze prekolumbijskiej, a pojawienie się portetu trumiennego w XVIII wieku, to tylko wyższy stopień kultu Santa Muerte, dowód oswojenia ze śmiercią.


Polski portret trumienny

Analogicznie w warszawskim getcie Janusz Korczak używał medium teatralnego by oswoić swe dzieci z wszechobecnością śmierci; to jeszcze jeden dowód na to że sztuka autentyczna może być łatwo zrozumiana nawet przez umysł młodego, niedoświadczonego człowieka.

Hiszpańska monarchia będąca rozsadnikiem rzymskiej religii i cywilizacji dokonała znaczących zmian jakościowych przenosząc hiszpański barok do Meksyku i kładąc podwaliny pod jego lokalną odmianę. Rozkwit sztuki i architektury barokowej, który miał miejsce pomiędzy końcem XVI wieku i końcem wieku XVIII, odnosił się przede wszystkim do kościołów. Kościół Rzymski zapewnił sobie centralną pozycję w życiu społecznym kolonii. Prawie każde meksykańskie miasto i wieś posiadało kościół w swym centrum, z ulicami odchodzącymi regularnie od niego. Musiało to w znaczący sposób oddziaływać na wyobraźnię jego mieszkańcow, a w szczególności tych o wykształconej wrażliwości i wyobraźni, Wspomniany wyżej Hermenegildo Bustos, "Indianin, malarz-amator bez poprzedników", jak o sobie mówił, z kontekstu sztuki sakralnej zdołał wysublimować świeckie malarstwo portretowe, nie mające bezpośrednio nic wspólnego z jakimkolwiek religinym rytuałem czy kultem śmierci.

Za interesujące uznać należy spostrzeżenie meksykańskich historyków sztuki, którzy w pewnych aspektach doszukują się w portretach Bustosa podobieństwa do malarstwa flamandzkiego. Mianowicie, jego realizm nie zwracający uwagi na pozycję społeczną, konwencje, pojęcie idealnego piękna (poszukiwanego przez mistrzów renesansu) oraz jego wizualna ekonomia redukująca wszystko do tego co niezbędne. Przy całym profesonaliźmie, Bustos zawsze zastrzegał na odwrocie obrazu, że jako Indianin i amator "tylko chciał sprawdzić czy mu się uda to namalować".

Jak w przypadku Balthusa, Michała Anioła czy Leonarda da Vinci. Bóg zdawał się sam mieszać farby i kierować pędzlem, stąd obrazy mówią prawdę o stworzeniu bez żadnego matactwa dorobionej teorii sztuki. Jego postaci są prawdziwie ludzkie i uczciwe. Jak we freskach z Fayum portrety mają czarne tło, i na proźno szukać w nich perspektywy malarskiej i jak w obrazach flamandzkich, czy nawet symbolicznych przedmiotów, które tak plastycznie i poetycko przedstawił Zbigniew Herbert w "Martwej naturze z wędzidłem".

Nas interesuje coś dużo więcej: rola Kościoła Rzymskiego jako czynnika wytwarzającego cywilizację wyższych wartości. Opinia ta kłóci się z dzisiejszym przedstawianiem Kościoła w liberalnych mediach jako instytucji chamującej postęp i ograniczającej wolność. Orędownicy modernizmu i sztuki współczesnej (ale tej o silnym zabarwieniu anty-religijnym), często właśnie w Kościele upatrują skostnienie, choć chętnie "żywią" się tym co sztuka sakralna wytworzyła, acz z mizernym efektem formalnym. Język i ideologia w sztuce nie-prawdziwej jest substytutem formy. To jest norma.

Tymczasem sztuka stworzona pod patronatem Kościoła, jeśli nie zniszczona przez różnowierców przetrwała wszystkie burze. A wierni, nawet ci bez plastycznego wykształcenia, bez trudu potrafili dostrzec jej piękno i duchową wymowę. W wielu krajach kolonizowanych przez Hiszpanów i Portugalczyków doceniane jest znaczenie ruchów monastycznych i misjonarzy, którzy uczynili bardzo dużo w swej chrystianizacyjnej misji wyposażając tubylców w duchowe fundamenty na ich nową drogę życia dla Chrystusa. Nie może przeto dziwić wypowiedź Bustosa, artysty-Indianina, który identyfikując się z systemem proklamował, że na tym świecie są tylko trzy liczące się osoby: Papież (Pius X), Porfirio Diaz, dyktator Meksyku, i on sam - Hermenegildo Bustos.

Przebywając niedawno temu w Klasztorze Augustianów w Manili, na Filipinach, doznałem uczucia silnej wspólnoty emojcjonalnej z narodem, który w dużym stopniu kultywuje chrześcijańską misję cywilizacyjną kultury europejskiej. I to pomimo biedy, która jest jeszcze na Filipinach wszechobecna, istnieje tam podobnie jak w Meksyku kreolska duma z przynależności do religii Rzymskiego Kościoła Katolickiego. Wierna kopia Piety ustawiona w lewej kruchcie manilskiej katedry, odrazu sprawia, że pielgrzym może natychmiast poczuć sie u siebie w domu. A potem jest barok, triumfujący barok, tak dużo baroku, że przypomina się Korona i Wielkie Księstwo Litewskie. Ale owa świadomość przynależności do władztwa następcy Św, Piotra, papieża Rzymu, jest tylko częścią uczucia rodzinnej wspólnoty chrześcijan. Związek emocjonalny pogłębia się z każda chwilą poprzez obcowanie z rzymską religią i cywilizacją wyrażaną przez sztuki piękne. Obecność łaciny w liturgii musiała to wrażenie jeszcze bardziej potęgować. Utrata tego czegoś co od wieków oddziałowuje na zmysły i emocje i umacnia wiarę, byłoby katastrofą pewnego specyficznego sposobu życia, który odróżnia katolików od reszty.

Dlatego też szokować musi niedawna wypowiedź papieża Franciszka, że to doktorzy Kościoła przez swe restrykcyjne doktryny zamykaja drzwi przed tymi, którzy chcą być jego częścią. Wynikało by z tego, że papież z Argentyny niezbyt dba o budowlę jaką jest Kościół Rzymski, bo jeśli doktorzy Kościoła, którymi przecież byli również Jan Paweł II (Karol Wojtyła), i Benedykt XVI (Josef Ratzinger), działali na jego szkodę, to o co chodzi Franciszkowi - o zbliżenie do zgniłego protestantyzmu, a może o zburzenie całej solidnej budowli jaką jest Kościół Powszechny? Przyszły rok naznaczył papież na Rok Miłosierdzia, który stwarza niebezpieczny precedens wpuszczenia do Kościoła ludzi żyjących w głebokim grzechu, ba zagrażających często podstawom jego ekzystencji. Czy wpuszczanie wilków do owczarni nie jest przypadkiem ułatwiane obecnością w niej wilka/wilków w owczej skórze? Wołanie wiernych w różnych częściach świata musi być gdzieś w końcu usłyszane: oddajcie nam naszą wiarę, oddajcie nam nasz Kościół Katolicki. Czy obecny papież jest odpowidnią osobą na stolicy Piotrowej? Wątpliwości przybywa z dnia na dzień: papież ma władzę niemal absolutną, ale jednej rzeczy mu niewolno - zmieniać zasad wiary ustanowionych przed wiekami i opartych na Piśmie Świętym, a on to czyni. 

Reasumujac, obecnie warzą się losy naszej religii i naszej dwutysięcznej cywilizacji. Jeśli nie nastąpi zbiorowa mobilizacja to cała budowla runie, a ponad miliard katolików pozostanie bez przywództwa. W świątyniach zamieszkają wilki, a konary drzew skruszą mury skrywające symbole naszej dewocji i oddania Chrystusowi. Skarby sztuki symbolizujące naszą cywilizację mogą być zniszczone bezpowrotnie, trafić do muzeów, w ręce wroga lub zmienić radykalnie kontekst użycia. Kim wtedy będziemy bez dumy z religii, która zbudowała na całej naszej planecie piękne katedry na chwałę Bożą. Musimy nosić religię Rzymu w sercach i nie pozwolić się zmarginalizować, stać się zaściankiem lub totalną prowincją "nowoczesnego" pogaństwa.  

Zastanawiające jest to, że olbrzymia wspólnota emocjonalna katolików na całym świecie nie potrafi przerodzić się w ściślejszą współpracę także na niwie ekonomicznej. W świecie nowego porządku, niezbyt przyjaznemu katolikom, odnowienie Ligi Katolickiej zrzeszającej wszystkie kraje katolickie świata mogłoby stanowić kamień węgielny pod lepszą przyszłość, tym bardziej że związki te oparte są na solidnych kulturowych i religijnych podstawach. Być może poziom akademicki jest tym pierwszym od którego prace organiczną należałoby zacząć.

Dr Zygmunt Jasłowski

Przypisy:

[1] Zieliński, Andrzej, Pod urokiem Italii , PWN, Warszawa, 1973, s. 138.
[2] Żeromski, Stefan, Nawracanie Judasza , s.73
[3] Y Gasset, Jose Ortega, Dehumanizacja sztuki , PWL, Warszawa, 1996, s. 191-194.
[4] Carrington, Noel, Carrington , Thames and Hudson, London, s. 32.
[5] Tolstoy, Leo, What is art? and essays on art , Oxford Unversity Press, London, s. 145.
[6] Balthus Vanished Splendors. A memoir , Ecco Harper &Collins Publishers, ss. XXV, 151,
[7]Tolstoy,rozdział XII.
[8] Herbert, Zbigniew, Barbarzyńca w ogrodzie , Warszawa, 1964, strony XXV i 61.
[9] Taine, Hippolyte Adolphe, Rome and Naples , 1868.
[10] Ecco, Umberto, History of Beuaty, Rizzoli, New york, 2014.
[11] Tolstoy, ibidem
[12] Paz, Octavio, "I, a painter" w FMR (Franco Maria Ricci ), Styczen/Luty. 1985, Nr. 8, str. 60-83.
[13] Parlasca, Klaus, Le mummie del Fayyum , FMR, No.13 (wydanie wloskie), Maj 1983. 

Czytaj także:
To tutejsi, a nie Polacy! Trzeba to ciągle mieć na uwadze czytając wraży ściek.
Polacy, którzy obradowali w "tajemniczej" Grupie Bilderberg

Nawiąż kontakt, larum grają

Polski nie podaruje Polakom nikt inny - jeśli sami się o Nią nie upomną. Tymczasem polscy rycerze śpią nie tylko pod Giewontem. Czas, by się pobudzili jak kraj długi i szeroki. Czas, by lepiej przypomnieli sobie, kim naprawdę są, kim bywali w historii i kim być mogą - jeśli odzyskają swoją dziejową formę.

Na 1050. rocznicę Chrztu Polski wszędzie tam podjąć należy program pracy organicznej: KOŚCIÓŁ, SZKOŁA, STRZELNICA. To właśnie misja budzących się rycerzy: pomóc rodakom odzyskać dumę z polskiej cywilizacji, której specjalnością i "towarem eksportowym" była przez wieki wolność.

Grzegorz Braun

23.06.2015r.
RODAKpress

RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Docz do nas - Aktualnoi RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrocie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet